Niemieckie obozy zagłady w Wilanowie

W czasie wojny, w Wilanowie, Niemcy zorganizowali obozy dla jeńców radzieckich, a po jego likwidacji, dla ludności żydowskiej. Mój Tata często w swoich wspomnieniach przypomina o ich istnieniu, o tym, jak słyszeli, a czasem widzieli efekty egzekucji. Wspomina o tym, jak wygłodzeni byli więźniowie i jak z braćmi próbowali ich dokarmiać, przerzucając kapustę przez ogrodzenie. Obóz mieścił się kilkadziesiąt metrów od domu przy Wiejskiej 52, gdzie wtedy mieszkali. Dziś na ulicy Biedronki, dawnej Wiejskiej można znaleźć tablice upamiętniające tę zbrodnię.

Poniższy tekst stanowi fragment artykułu Katarzyny Dzierzbickiej opublikowanego w 2022 roku w czasopiśmie „Niepodległość i pamięć” nr 4 (80). Całość można znaleźć tutaj (stan na 28 grudnia 2025 roku): 

https://mbc.cyfrowemazowsze.pl/Content/95660/PDF/00105315_-_Niepodleglosc-i-Pamiec-zne-R-29-2022-nr-4-80_-.pdf

Katarzyna Dzierzbicka

Warszawa

Niemieckie obozy jenieckie w Wilanowie

Jesienią 1941 roku na terenach, które dziś wchodzą w skład stołecznej dzielnicy Wilanów oraz w ich najbliższej okolicy, powstały trzy niemieckie obozy dla jeńców radzieckich. Pierwszy z nich znajdował się we wsi Wilanów, drugi na Zawadach, a trzeci w Kępie Falenickiej – na granicy Wilanowa i gminy Konstancin-Jeziorna. Rok później baraki po Rosjanach zajęli Żydzi. Mało znaną historię obozów zrekonstruowałam na podstawie dokumentów znajdujących się w Instytucie Pamięci Narodowej i w Archiwum Państwowym w Warszawie. Zbrodnie, których w tych miejscach dokonywali Niemcy, nigdy nie zostały rozliczone.

Stalag przy ulicy Wiejskiej 

Zanim powstał obóz w Wilanowie, na przełomie 1939 i 1940 roku Niemcy odgrodzili podwójnym drutem kolczastym około 2 tys. m² pastwiska znajdującego się na wysokości ulic Wiejskiej (dziś Biedronki) i Polnej (Łucznicza), między wałem przeciwpowodziowym a Jeziorem Wilanowskim, naprzeciwko Parku Morysin. Wiosną 1941 roku rozpoczęła się budowa obozu – oddziału Stalagu 368 (potem 333) w Beniaminowie niedaleko Zalewu Zegrzyńskiego. Niemcy postawili trzy baraki drewniane o wymiarach 90 x 40 metrów oraz latryny. Baraki dla więźniów stały równolegle do wału przeciwpowodziowego, a wartownia znajdowała się od strony południowej, prostopadle do nich. Mieszkało w niej sześciu żołnierzy Wehrmachtu. Trzech z nich stale pełniło wartę, obchodząc ogrodzenie. 

Jesienią 1941 roku Niemcy przypędzili do Wilanowa liczącą około 2 tys. pieszą kolumnę jeńców radzieckich. Większość z nich trafi ła do obozu na Kępie Zawadowskiej, około 400 osób na Zawady, a około 460 więźniów do baraków przy ulicy Wiejskiej. „Mieszkam bardzo blisko od baraków. Od mojej stodoły do pierwszego baraku odległość wynosi do dziesięciu metrów” – zeznał w 1946 roku przed Komisją Badania Zbrodni Niemieckich mieszkaniec wsi Wilanów Feliks Owczarek. 

Zaraz pierwszego dnia po przyprowadzeniu jeńców do baraków dwaj z nich, wojskowy z kawalerii (…) oraz cywil, usiłowali uciekać. Cywil uciekł w stronę Czerniakowa. Wojskowy został ujęty, przy czym przez 150 m aż do baraku żołnierz niemiecki kłuł go bagnetem. W bramie baraku żołnierz ten pochwycił karabin wartownika i dobił jeńca. Nazajutrz widziałem, iż z baraku wyniesiono na podwórze trzech zmarłych jeńców . 

Po dwóch lub trzech miesiącach Niemcy dowieźli jeszcze około trzydziestoosobową grupę jeńców. Zbite naprędce, nieogrzewane baraki mogły pomieścić około 400 osób, które leżały po dwie na jednej pryczy. Część więźniów zmuszona była do spania pod gołym niebem. Komendantem obozu był „rudy, piegowaty, niski, gruby” kapitan Karl Lipscher – dowódca powiatowego oddziału żandarmerii z ulicy Dworkowej 3 na stołecznym Mokotowie. Choć z pochodzenia był Austriakiem, znał trochę język polski. Po wojnie był poszukiwany jako przestępca wojenny. Od rana do wieczora jeńcy radzieccy pracowali przy budowie wałów nad Wisłą. Cierpieli potworny głód. Późnym wieczorem otrzymywali jedynie ćwiartkę chleba i ciepłą wodę, co miało im wystarczyć do następnego dnia. Nieco później otrzymywali również zgniłe ziemniaki i buraki. Umierali z wycieńczenia, zimna i chorób – czerwonki i tyfusu. „Zmarli wyglądali na bardzo wynędzniałych, były to kości obciągnięte skórą” – zeznał w 1968 roku Stanisław Wenerski. Początkowo, za przyzwoleniem strażników, właściciele Wilanowa, a także jego mieszkańcy, próbowali pomagać więźniom. Dzieci oddawały jeńcom swoje skromne śniadania. Stefan Cendrowski, który do wybuchu wojny był wójtem gminy Wilanów, a w czasie okupacji kierował podziemną organizacją o nazwie Komenda Obrońców Polski, w 1975 roku zeznał: „Nasza organizacja w miarę możliwości dostarczała do obozu jeńcom pewne ilości żywności i leków, lecz była to kropla w morzu potrzeb” . Dopóki było to możliwe, więźniom pomagała również hrabina Maria Beata Branicka i zarządca dóbr wilanowskich – Andrzej Szenic. „Faktycznie człowiek ten dostarczał do obozu mięso padniętych krów lub koni w wyniku wypadków, a nie choroby” – wspominał Cendrowski. Wkrótce jednak śmiertelność wśród więźniów wzrosła do około 30 osób dziennie. Na rozkaz Niemców zwłoki jeńców wywożone były chłopskimi furmankami w pobliże muru cmentarza w Wilanowie, gdzie chowane były w zbiorowych mogiłach. Szacuje się, że pochowano tam około czterystu osób. W miejscu tym ustawiony został krzyż z radziecką gwiazdą. „Co drugi dzień, z polecenia sołtysa lub na rozkaz sanitariusza z obozu, woziłem zwłoki zmarłych na cmentarz w Wilanowie do masowej mogiły przy parkanie cmentarza. Łącznie wywiozłem do stu zmarłych. Oprócz mnie inni gospodarze także wywozili zwłoki” – zeznał Feliks Owczarek. Niejednokrotnie zmarłych chowano także w pobliżu obozu. 

Wiosną 1942 roku obóz dla jeńców radzieckich został zlikwidowany. Przeżyło go około pięćdziesięciu więźniów, którzy zostali wywiezieni prawdopodobnie do Rembertowa lub Beniaminowa. „Było tych jeńców tak mało, że zmieścili się na jeden samochód ciężarowy” – zeznał w 1976 roku Władysław Wójcik. Przed wywózką Niemcy rozstrzelali około dwunastu Rosjan, którzy na skutek chorób i osłabienia nie mogli dojść do samochodu. „(…) tych żołnierze niemieccy rozstrzelali na podwórzu obozu, przy czym byłem obecny, obserwując egzekucję przez szparę ściany stodoły. Zwłoki odwiozłem do wspólnej mogiły na cmentarz” – zeznał Owczarek. Według innego mieszkańca wsi – Henryka Wiśniewskiego − egzekucji dokonał volksdeutsch Józef Kilanowski. Około kwietnia 1942 roku do baraków przypędzono Żydów – mężczyzn z Warszawy, Falenicy i Jeziorny. Ich liczby jednoznacznie nie ustalono, ale szacuje się, że było to około czterystu osób. Początkowo warunki życia Żydów były nieco lepsze niż jeńców radzieckich. Otrzymywali pożywienie dwa razy dziennie, ale ich racje i tak były głodowe. Więźniowie jedli głównie surową kapustę i buraki. „Przywoziłem sam do obozu wyżywienie: chleb, margarynę, mięso, marmeladę. Otrzymywali oni pożywienie dwa razy dziennie – rano i wieczorem” – zeznawał Feliks Owczarek. Podczas przesłuchania Henryk Wiśniewski zeznał, że „(…) Żydów pilnowało dwóch policjantów granatowych. Jeden z nich nazywał się Zworski, nazwiska drugiego policjanta nie pamiętam (…). Po jakimś czasie, (…), Żydzi sami zaczęli trzymać straż, policjantów wycofano”. W skład policji obozowej wchodzili bracia Gurewiczowie z Otwocka (właściciele znanego pensjonatu Willa Gurewiczanka), niemiecki Żyd Zygmunt Rosenzweig oraz nieznany z imienia Kroenenberg. Gurewiczowie opłacili się Niemcom złotymi dolarami, aby zezwoli im na pobyt w obozie wspólnie z żonami. Mogli również swobodnie poruszać się po Wilanowie, załatwiając w urzędzie gminy sprawy związane z działalnością obozu. Otrzymywali także od urzędników kartki żywnościowe. Nadzór nad obozem żydowskim sprawowali Niemcy: Franz (według niektórych świadków był to Frank – krewny generalnego gubernatora Hansa Franka), kapitan Karl Lipscher, a głównym komendantem był volksdeutsch Józef Kilanowski. Niemcy często przyjeżdżali do Wilanowa i jak zeznawali świadkowie, „jak wpadali do obozu to jak psy” oraz że rozstrzeliwali Żydów dla zabawy. „Policja niemiecka często przyjeżdżała, a za każdym razem po takiej wizycie ktoś z Żydów był rozstrzelany. W pierwszym dniu przybycia Żydów do obozu zastrzelono dwie osoby. Potem pojedynczo trzy osoby, jednorazowo cztery osoby” – zeznawał Henryk Wiśniewski. Feliks Owczarek zapamiętał, że „Zawsze po przyjeździe żandarmów była robiona zbiórka Żydów na podwórzu baraków. Przyjeżdżający często żandarm w czarnym ubraniu (…) stawał przed zebranymi z batem w ręku. Przyglądał się Żydom, po czym wybierał sobie ofi ary, które bił, dając co najmniej 20 batów. Po takiej chłoście obity umierał natychmiast lub po jakimś czasie. Nie tylko ubrany na czarno Niemiec dawał chłostę, widziałem często Niemców w zielonych mundurach, jak bili Żydów bez powodu.” 

Według świadka w ten sposób zmarło około 20 osób, a oprawcą był Franz. Lipscher natomiast wyszukiwał chorych i pracujących mniej wydajnie. Pytał, czy więźniowie chcą skorzystać z pomocy lekarza. Tych, którzy się zgłaszali, prowadzono na teren zwany przez okoliczną ludność „Kopciówką” (przy ulicy Franciszka Klimczaka) i tam rozstrzeliwano. Niejednokrotnie Lipscher osobiście brał udział w egzekucjach. Żydów zabijano także na terenie obozu i chowano na polach w pobliżu Jeziora Wilanowskiego. Nieco później miejsce Lipschera zajął porucznik Wilhelm Bunjes. „Ten był ogólnie znienawidzony, ciążyło na nim szereg morderstw” – zeznał w 1976 roku Leopold Kobiałka. Żydzi pracowali na terenie obozu w warsztatach szewskim i krawieckim. Zmuszani byli również do ciężkiej pracy fizycznej. Umacniali wały wiślane, prowadzili prace melioracyjne i remont szosy z Wilanowa do Klarysewa. „Widziałam bardzo często jak ich pędzono do pracy – przechodzili wtedy koło moich okien przez ulicę Janczarów. Pędzono ich w stronę wsi Wolica i tam byli oni zatrudniani przy czyszczeniu rowów melioracyjnych oraz do innych prac ziemnych” – zeznała Helena Ibisz. Żydzi pracowali także na roli w tzw. Liegenschafcie – dawnym majątku Branickich. Umierali z wycieńczenia i chorób, głównie z powodu czerwonki i tyfusu.

Obóz żydowski został zlikwidowany w grudniu 1942 roku. Około 200 więźniów zostało wywiezionych do getta w Warszawie, około 100 osób do wsi Kępa Latoszkowa, gdzie zostali zastrzeleni, a część wywieziono w nieznanym kierunku. „Jeszcze przed likwidacją obozu na miesiąc czy na sześć tygodni [wcześniej] (…) żandarmi z ul. Dworkowej wybrali około 30 słabszych Żydów, mówiąc że wiozą ich do szpitala. Grupa ta została rozstrzelana na polu pomiędzy Wilanowem a Powsinem, jest tam dotąd mogiła” – zeznał Ludwik Grzelec. W obozie pozostało osiem osób: Gurewiczowie, Kroenenberg z żoną, trzech robotników i doktor Jerzy Romaszewski. Ten ostatni – jak się potem okazało – w ostatniej chwili, za namową Feliksa Owczarka, uciekł z obozu. W czwartek na początku maja 1943 roku o godzinie 4.00 żandarmi niemieccy, przy prawdopodobnie bezpośrednim udziale Lipschera, wymordowali wszystkich pozostałych Żydów. Kazali im wyjść przed barak. „Obecnych siedmioro Żydów wyszło, po czym Niemcy rozstrzelali ich” – zeznał Feliks Owczarek. „Rzeczy po Żydach Niemcy zabrali do samochodu, sołtysowi nakazali uprzątnięcie zwłok” – wspominał. Ciała zostały pochowane na terenie obozu. Na początku 1944 roku na rozkaz Niemców baraki rozebrała polska firma. Ich resztki zostały wywiezione ciężarówkami. (…)


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Content is protected !!