W wojnie nie ma nic pięknego

Mija 85 lat od wybuchu II wojny światowej. Sporo, odchodzą ludzie, którzy doświadczyli jej na własnej skórze. Właściwie większość z tych, którzy żyją, doświadczyli tej tragedii jako dzieci. Dzisiaj są 80-90-latkami.

Dla mojego pokolenia pamięć o II wojnie światowej, choć sami jej nie przeżyliśmy, była żywa, towarzyszyła nam na codzień. Jako dzieci częściej chyba bawiliśmy się w wojnę niż inne zabawy. W telewizji oglądaliśmy przygody Klossa, Czterech Pancernych i bardziej poważne filmy, głównie polskie i radzieckie. Dzisiaj filmy o tamtych czasach są rzadkością, chyba, że powtórki. I dobrze, trzeba iść do przodu, trzeba myśleć o lepszych czasach, choć zapominać o dawnych okrucieństwach, tragedii wojennej, nie powinniśmy. Badając przeszłość rodzinną dopiero uświadomiłem sobie jak powszechnie nasze społeczeństwo doświadczyło tej traumy. Anonimowe statystyki tak nie przemawiają do nas, jak losy dziadków, rodziców i ich najbliższych. Nawet jeśli przeżyli wojnę, często zapłacili za przetrwanie wysoką cenę. Poniżej, w skrócie, losy niektórych z nich.

Leon Rozpędowski. Mój dziadek od strony mamy. Zmobilizowany 1 września do 37 Łęczyckiego Pułku Piechoty im. Ks. Józefa Poniatowskiego na stanowisko dcy patrolu łączności. Brał udział w Bitwie nad Bzurą. Po rozbiciu jednostek przeszedł z niedobitkami jednostki (batalion zapasowy 37 pp) przez Kutno, Łowicz, Sochaczew, Warszawę. Po dwóch dniach w stolicy ruszył z jednostką (czy raczej jej pozostałościami) przez Garwolin, Siedlce, Białą Podlaską, Brześć nad Bugiem do Kowla. Tam kilka skoncentrowanych batalionów miało bronić miasta w ramach Grupy „Kowel”. Po wkroczeniu 17 września 1939 roku oddziałów sowieckich do Polski, część oddziałów Grupy została zdemobilizowana, w tym mój dziadek. Po demobilizacji ruszył z dwoma kolegami w kierunku rodzinnego Tomaszowa. Ścigani i ostrzeliwani przez Niemców, unikając ważniejszych szlaków, dotarli do domu 30 września. W czasie wojny dziadek należał do AK. Zaraz po jej zakończeniu 23 maja 1945 roku wcielono go do 47 pułku piechoty jako celowniczy w kompanii ckm. Zdemobilizowany w stopniu kaprala 15 listopada 1945 roku. 

Wincenty Rozpędowski. Najstarszy brat dziadka Leona, funkcjonariusz  Policji Państwowej. W czasie kampanii wrześniowej 19 września 1939 roku dostał się na Litwie do niewoli sowieckiej. Przebywał w obozach Kozielsk, Ponoj i Suzdal. 4 września 1941 roku dołączył do armii Andersa, nie wiadomo czy jako cywil, czy żołnierz. Nieznane są jego dalsze losy wojenne. Po wojnie wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Zmarł w Baltimore, gdzie jest pochowany.

Jan Rozpędowski. Drugi brat dziadka Leona. W czasie drugiej wojny światowej Janina, żona Jana została zatrzymana wraz czternastoletnim synem Ryszardem przez okupantów. Dzięki znajomościom z Niemcami, udało się uwolnić żonę, ale w zamian Jan z synem zostali wysłani na roboty do Niemiec. Trafili do Aschersleben w Dolnej Saksonii. Do Polski wrócili 11 października 1945 roku

Roman Kierzkowski. Mój dziadek od strony taty. Według opowieści taty, brał udział w obronie Warszawy, wrócił do rodziny dopiero po kapitulacji miasta. Był piekarzem. Pracował w piekarni kontygentowej Pobożego chyba na Stępińskiej, a na „drugim etacie” wypiekał nielegalnie chleb dla Polaków. W tamtym czasie oficjalnie dostępny był tylko ciemny chleb na kartki o wątpliwych wartościach odżywczych i zdrowotnych, czasem nazywany dźwiękowcem (dlaczego, można się domyśleć). Dziadek kilka razy był zatrzymany przez Niemców, wtedy koledzy piekarze zrzucali się na łapówki na Romcia. Wykupowali go w pierwszej kolejności, bo miał najwięcej dzieci. Tata wspominał, że kiedy Dziadek nie wracał po pracy do domu w Wilanowie, wtedy jechał z którymś ze starszych braci, żeby sprawdzić, czy nie jest przetrzymywany na Daniłowiczowskiej. Zapamiętał z tamtych czasów obrotowe drzwi wejściowe do komisariatu. Na początku Powstania Warszawskiego Dziadek Roman został zatrzymany przez Niemców razem z wieloma innymi mieszkańcami Wilanowa. Początkowo wykorzystywani byli do kopania rowów, czy oczyszczania przedpola do ostrzeliwania powstańców w Warszawie. Do domu wrócił dopiero po wojnie. Prawdopodobnie w październiku wywieziono go na roboty do Niemiec. Trafił w okolice Hamburga. Według relacji mojego taty z rodziną połączył się dopiero pod koniec 1945 roku.

Wincenty Kierzkowski. Brat dziadka Romana, również piekarz. We wspomnieniach mojego taty zachował się jako opiekuńczy stryj, wspierający brata, babcię Stefanię i ich piątkę dzieci. Wiedziałem z opowieści taty, że zginął w Powstaniu Warszawskim. Niedawno dowiedziałem się, że był żołnierzem w stopniu kanoniera o pseudonimie „Kieł” i służył w Grupie Artyleryjskiej „Granat” w pułku „Baszta”. Zginął 3 sierpnia 1944 roku przy Puławskiej 91.

Janina Mróz z domu Kierzkowska. Siostrzenica Dziadka Romana. Nie wiem kiedy, ale złapana przez Niemców trafiła początkowo prawdopodobnie do więzienia w Białymstoku. 1 czerwca 1944 roku została przywieziona do obozu w Ravensbrück. 31 sierpnia 1944 roku przeniesiono ją do obozu Neuengamme. Pod koniec wojny (prawdopodobnie wiosną 1945 roku), dzięki interwencji Szweckiego Czerwonego Krzyża, ze szczególnym zaangażowaniem hrabiego Folke Bernadotte, trafiła tak jak wielu Polaków, do Szwecji. Po wojnie wróciła do Polski.

Antoni Królak. Najmłodszy brat Babci Stefanii Kierzkowskiej z Królaków. Prawdopodobnie brał udział w wojnie obronnej we wrześniu 1939 jako żołnierz piechoty. Informacja ta znalazła się w dokumentach obozowych obozu Natzweiler. W czasie wojny mieszkał z rodziną na placu Mirowskim 9 w Warszawie. Aresztowany 7 września 1944 roku w Warszawie. Przewieziony najpierw do obozu koncentracyjnego w Dachau, numer obozowy 105572.  26 września 1944 roku przeniesiony do Manheim-Waldhof, podobozu obozu koncentracyjnego Natzweiler. Od 26 grudnia 1944 roku więziony w Buchenwaldzie, numer obozowy 59257. W Buchenwaldzie przebywał prawdopodobnie do wyzwolenia przez amerykańską 3 armię generała Pattona 11 kwietnia 1945 roku.

Zmarł w Warszawie 8 lutego 1950 roku w wieku 39 lat.

Bronisław Królak. Kolejny brat babci Stefanii. Jako zmobilizowany żołnierz, przydzielony został do Korpusu Ochrony Pogranicza. Dostał się do niewoli 17 września 1939 roku w Ostrogu i trafił do Stalagu VIA w Hemer. Zwolniony 7 października 1940 roku. Zmarł po wojnie.

Franciszka Gałecka z domu Królak. Siostra babci Stefanii. Więziona w Pawiaku, Majdanku i Ravensbrück.

I wreszcie babcia Stefania Kierzkowska z domu Królak. Nie wiem czy była w konspiracji, raczej nie. Nie trafiła do obozu ani na roboty, na szczęście. Ale miała dzieci, którymi się opiekowała i chciała, żeby przeżyły, bez względu na okoliczności. Rodzina była raczej uboga, mieszkali w wynajętych mieszkaniach, domkach. W czasie okupacji mieszkali w Wilanowie na ulicy Wiejskiej, dziś Biedronki. Kilkaset metrów od obozu jeńców radzieckich, później obozu dla Żydów. Kilkaset metrów od miejsca w którym co jakiś czas niemiecka policja pod dowództwem volksdeutscha Kilanowskiego wykonywała egzekucje na Polakach. Egzekucje były też codziennością w sąsiadującym obozie. 

Na początku okupacji Stefcia i Roman stracili kilkumiesięczną córkę Basię. Mieli jeszcze trójkę chłopaków i dziewczynkę. Kiedy wybuchło Powstanie, zniknął Romcio, Stefcia została sama z dzieciakami. Znowu piątką, bo kilka miesięcy wcześniej urodziła się Marysia, najstarszy Maniuś miał 14 lat, Januszek 12, Miruś 10, Wandzia 8. A w czasie Powstania nie było lekko. Poza walkami, które w każdej chwili mogły odebrać komuś życie, była jego „proza” – trzeba było zdobyć jedzenie, wykarmić rodzinę. Czasem chłopcy przynosili z pobliskiego pola jakąś kapustę, czy inne zielsko, nie raz w strachu, bo zdarzało się, że do nich strzelano. Wkrótce Niemcy zarządzili wysiedlenie. Ruszyli na południe. Niewiele zabrali bo i niewiele mieli. Ale i z tym było ciężko. Tata wspominał, że kiedy się skarżył w czasie marszu, to bracia kazali mu zakopać sztućce, które niósł. Kiedy po nie wrócili, „sreber rodowych” już nie było. Zatrzymali się w Zalesiu, dostali jakieś pomieszczenie w domu/szopie. Prywatnością w szóstkę się nie nacieszyli długo, bo im dokwaterowano kolejne rodziny-uciekinierów. W sumie było ich w jednym pomieszczeniu kilkanaście osób. Tak przetrwali ostatnią zimę wojny. Po wyzwoleniu wrócili do Wilanowa, żyli i czekali na powrót Romcia.

To tylko niektórzy członkowie mojej rodziny, jedno pokolenie. To nie jest pokolenie Kolumbów stracone ale i gloryfikowane w książkach i filmach. To pokolenie zwykłych ludzi, 30-to i 40-latków, którzy mieli już rodziny i chcieli żyć szczęśliwie. Nie było w nich brawury, ale chęć przetrwania.

Po inwazji Rosji na Ukrainę w 2014 roku zdarzało mi się, że młodsi koledzy w firmie pytali, czy już powinni wyjechać za granicę. W tym roku też zdarzyła mi się taka rozmowa. Właściwie stwierdzenie. Młody człowiek powiedział, że nie chce walczyć i ginąć za decyzje szaleńców.

Nikt nie chce. Ale nie wszystkim udaje się uciec. Niektórzy muszą zostać, walczyć, cierpieć. 

W wojnie nie ma nic pięknego…


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Content is protected !!