Dzisiaj 1 listopada. Jedni jeżdżą na groby inni do Tajlandii. Nie mogę powiedzieć, że każdego pierwszego listopada odwiedzałem groby. Z drugiej strony o zmarłych pamiętam przez cały rok, w końcu próbuję skleić ich życiorysy, przodków, krewnych, powinowatych. Czy ma to jakieś znaczenie, dla mnie, dla innych, takie wspominanie ludzi, którzy odeszli?
Ludzie robią to bo religia tak nakazuje, robią to, bo taka jest nasza tradycja, polska, słowiańska, katolicka, robią to z szacunku dla zmarłych, wreszcie robią to bo tęsknią za tymi co odeszli. Każdy powód jest dobry by wspominać tych, z którymi spędziliśmy jakiś kawałek życia, tych, którzy nas ukształtowali przez swoją obecność, ale i tych, którzy wpłynęli na naszą obecność na tym świecie. Bo czy pisałbym ten tekst, gdyby 31 grudnia 1714 roku w Stypułkach Święchach nie urodził się Sylwester Kierzkowski, mój prapraprapradziadek. A gdyby Fryderyk August Berthold razem ze swoimi rodzicami nie ruszył z Prus do Polski, a w Polsce nie wziął za żonę Eufemię Pliszkę – nie byłoby Krzysia na tym świecie.
Stryjek Januszek był dumnym posiadaczem syrenki. Do tej pory pamiętam, że kiedy spoglądałem na niego jako mały kapsel stojąc przed samochodem, to widziałem chyba niewielki fragment głowy wystający znad kierownicy. Kąt widzenia małego dzieciaka i wzrost stryjka utrwalił w mojej głowie ten trochę komiczny obrazek. To było jakoś pod koniec lat 70-tych. Ruszyliśmy wtedy na rodzinną wyprawę na Mazury. Tata testował świeżo nabytego malucha. Stryjka Mariana pamiętam z kolei, jak na tej samej wyprawie z poświęceniem właził na drzewo, bo któryś z wędkarzy zarzucił błystkę na drzewo. Skutek był taki, że pod stryjkiem załamała się gałąź i runął do jeziora. Ubaw po pachy. To chyba tego wieczoru bracia konkurowali, kto wyciągnie z jeziora Ublik większego szczupaka. Wyciągali, ale chyba żaden nie był wymiarowy.
Ciotki Gienę i Stachę pamiętam jako papużki nierozłączki. Zawsze rozmowne, na każdy temat. Kiedy nas odwiedziły w Komorowie (a może tylko jedna z nich, nie pamiętam), kazały wkładać łby śledzi w kretowiny, żeby pozbyć się kretów. Kiedy odwiedziłem je już jako prawie dorosły w Elblągu, ciotka Giena rozmawiała ze mną chyba do 2 w nocy o religii i wierze, aż ciocia Stasia ją zrugała i kazała mi dać spokój. Zawsze uśmiechnięte i chętne do niesienia pomocy.
Babcię Zosię ciągle kojarzę krzątającą się w kuchni. Za to dziadek Leon był niespokojnym duchem. W wiecznym ruchu, podśpiewywał, ciągle gdzieś chodził. Kiedyś udało mi się wyciągnąć go do kina. Powiedziałem, że pójdziemy na „Nieme kino”. Dziadek stwierdził, że nie lubi niemych filmów. Na to ja odpowiedziałem, że to tylko taki tytuł, bo film jest współczesny. Kiedy siedzieliśmy w tomaszowskim kinie, z każdą minutą filmu ogarniał mnie strach, co dziadek powie i czy mnie nie zruga, że go oszukałem. Bo film okazał się niemy. Jedyną kwestię wypowiedział w nim mim, jedno słowo – „Merde!”. Ale to była komedia Mela Brooksa i dziadkowi spodobała się.
Chrzestną, ciocię Lucynę zapamiętam jako wiecznego niespokojnego ducha, podróżniczkę. Jako młoda panienka odwiedziła moich rodziców w Zakopanem, kiedy Tata był na pomiarach. Często jeździła pociągami, jeśli dobrze pamiętam, nawet wagonem pocztowym. O tym jaka była może świadczyć anegdota, nie o niej, ale o mnie. Kiedyś przyjechałem bardzo późno do Tomaszowa. Była chyba pierwsza w nocy. Łomotałem do drzwi, ale dziadek, już wtedy cierpiący na głuchotę, drzwi nie otwierał. Wtedy zobaczyłem okno otwarte w dużym pokoju. Niewiele myśląc wspiąłem się przez nie do mieszkania. Wtedy usłyszałem tubalny okrzyk Dziadka „Lucyna, to Ty!!!”. No tak, bo tylko Lucyna mogła włazić przez okno.
To tylko mały fragment wspomnień o bliskich. Warto do nich wracać, do tych dalszych i bliższych historii i je opowiadać.
Wspomnienia to pomnik poświęcony tym, którzy odeszli.























Dodaj komentarz